wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział II

"Bar­dzo niebez­pie­cznie jest spot­kać ko­bietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zaw­sze małżeństwem" ~ Oscar Wilde 


Rozdział II



Zadzwoniłam do niego. Może to nie był najlepszy pomysł, ale była to moja ostateczna decyzja. Szczerze mówią nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Nie rozmawiałam z nim ponad dwa lata. Bałam się. Wybrałam numer. Usłyszałam sygnał. Jeden, drugi, kolejny i kolejny, właśnie chciałam się rozłączyć, napisać wiadomość, kiedy odebrał. Usłyszałam jego głos. Bardziej męski, ale nadal tak samo spokojny i opanowany. Zawsze go uwielbiałam.
-Witam. Z kim mam przyjemność rozmawiać? - Zapytał - Halo
-Cześć, z tej strony Łucja.
-Cieszę się, że dzwonisz. Myślałem, że mój list do ciebie nie dotarł. Długo się nie odzywałaś. Próbowałaś się ze mną skontaktować? Nie wiem może to znowu przez tą komórkę... 
Po sposobie, jakim do mnie mówił rozpoznawałam tego samego chłopca, którego znałam z przed kilku lat. Jednak z czasem zaczęłam odczuwać w jego głosie nutkę powagi i opanowania. Wyczuwałam w nim pewną dojrzałość. Wsłuchując się w dalsze słowa odczytałam w nich pewien strach. Jego głos zaczął się delikatnie załamywać. Znałam ten ton. Przyprawiał mnie o dreszcze. Delikatnie paraliżując.
-Nie, przepraszam. Ja nie próbowałam sie jeszcze z tobą skontaktować.
-Acha - odpowiedział, tym razem bez większych emocji, jakby stwierdził, że to, co właśnie powiedział było niedorzeczne i nie miało racji bytu. - Nie szkodzi, wiedziałem, że moja prośba cię zaskoczy. W końcu dawno się nie widzieliśmy...
-Wybacz muszę już kończyć, właśnie piekę ciasto - przerwałam jego wypowiedź. Nie chciałam dłużej z nim rozmawiać, sama nie wiem, dlaczego. Dopiero po chwili spostrzegłam, jak beznadziejna była moja wymówka, lecz w tym momencie nie miałam ochoty, aby rozpamiętywać, co powiedziałam kilka sekund temu.
-Poczekaj! Nie powiedziałaś mi czy zgadzasz się na moją propozycję! - Zatrzymał mnie nerwowo
-Porozmawiamy, gdy przyjadę po ciebie na dworzec, to na razie -powiedziałam naciskając czerwoną słuchawkę
Właściwie nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Miałam świadomość, że to, co właśnie zrobiłam było niekulturalne, ale gdy w jego głosie rozpoznałam tego samego chłopca, którego znałam z liceum poczułam się dosyć dziwnie. Nie do końca potrafię określić, co wtedy czułam. Było to uczucie jakby tęsknoty połączone ze skrajną chęcią odcięcia się od tego, co minęło. Chciałam zapomnieć o tym uczuciu, które na nowo odrodziło się we mnie wsłuchując się w jego słowa.  Nareszcie spojrzałam prawdzie w oczy. To, co do niego czułam nie było jedynie przywiązaniem, pewnego rodzaju przyzwyczajeniem. To było coś znacznie więcej. Co gorsza to uczucie nadal we mnie tkwiło. Więc dlaczego zachowałam się w ten sposób? Czy nie powinnam być przepełniona radością? Próbować skorzystać z okazji, że mężczyzna, który jest dla mnie tak ważny niedługo będzie blisko mnie? Byłam realistką. To jedna z moich bardzo wyraźnie zarysowanych cech. Dla niektórych było to atutem, dla innych niezrozumiałym podejściem do życia. Dla mnie była to codzienność, sposobność podejmowania decyzji.. Moja intuicja oparta na realistycznym spojrzeniu podpowiadała mi, że ktoś taki jak ja nie mógłby tak po prostu dostać od losu zbyt wielkiej dawki szczęścia. Było to nie możliwe. Znaliśmy się od dzieciństwa. Bawiliśmy sie razem, chodziliśmy do jednej szkoły. Odkąd zaczynaliśmy patrzeć na siebie w zupełnie innym świetle, a osoba płci przeciwnej przestawała być dla nas jedynie koleżanką lub kolegą zawsze pomagałam mu w kontaktach z dziewczynami. Było dla mnie niezrozumiałe i trudne do pojęcia, że teraz ja mogłabym być jedną z tych, dla których będzie wstanie poświęcić wszystko. Szybko jednak otrząsnęłam się z moich rozmyślań zabierając się do pracy. Tego dnia musiałam zrobić znacznie więcej niż zwykle. Nazajutrz nie mogłam przyjść do pracy. Jutro piątek. Ten piątek. Właśnie ten, który mógł zmienić bardzo wiele, ale wszystko to zależało teraz tylko i wyłącznie ode mnie. Po południu razem z moją przyjaciółką, jej chłopakiem i innymi znajomymi wyszliśmy na pizze. Później poszliśmy na zakupy i do kina. Wszyscy świetnie się bawili. Z wyjątkiem mnie. Miałam dziwne przeczucie. Jakby wszystko, co do tej pory udało mi się poukładać miało runąć w jednym momencie, a jedyną osobą, którą to obchodzi byłam wyłącznie ja. Nadal nie podjęłam decyzji. Nie byłam pewna czy chce zaryzykować i dać szanse uczuciom. Nadal tkwiłam w tej otchłani. A może dla niego to miejsce będzie jedynie kolejną atrakcją w jego życiu a ja nie odegram w niej żadnej większej roli? Może przejdzie tak bezszelestnie, że to, co do niego czuje zniknie tak szybko jak powróciło po przeczytaniu tego listu? W tym momencie podjęłam błyskawiczną decyzję. Spróbuję. Do tej pory los uśmiechał się do mnie, gdy stawiałam wszystko na jedną kartę, przyjazd tu jest tego najlepszym przykładem. Czym było by życie bez ryzyka? Było by jak pewien poemat napisany pięknym pismem, idealnie dobranym słownictwem, pozbawiony wyrazu.  Życie pełne ryzyka było by wtedy jak słowa dobrane chaotycznie, nabazgrane na postrzępionej kartce. Lecz kryłyby one wiele większą głębie emocjonalną, a osoba czytająca nie mogłaby oderwać od nich wzroku oczekując z niecierpliwością, co przyniosą dalsze wypisane niestarannie słowa. Takie miało być moje życie. Barwne, ciekawe i pełne intrygi. Bym po latach mogła stanowczo stwierdzić, że całe swoje życie starałam się iść własną drogą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz